Archiwum dla Maj 2011

A gdyby to twoja matka mówiła do ciebie po imieniu? To nie ma sprawy. Ale obcy PR-owiec nie jest matką dziennikarza

Jeszcze nie zdążyłam zaczerpnąć powietrza, by po odebraniu telefonu powiedzieć „słucham”, a już zalewał mnie potok słów wypowiadanych męskim barytonem.

– Cześć Marcelina, wiem, że interesujesz się edukacją, musisz więc przyjść na naszą konferencję, po której sama zapragniesz napisać o naszym produkcie, bo takie coś to świetna sprawa, no majowa rewolucja po prostu, coś niesłychanego – strzelał słowami PR-owiec.

Nim zdążyłam się odezwać padła jeszcze masa słów o tym, co i kiedy muszę.

– A z kim rozmawiam?! – udało mi się zadać to jedno, ale jakże ważkie pytanie.

Mężczyzna, który od pięciu minut snuł entuzjastyczny monolog, nie był bowiem uprzejmy się przedstawić.

– No, Marcin z tej strony – odpowiedział.

– Ja nie znam Marcina Z Tej Strony – odparłan.

– Kolega Piotrka, no tego wiesz, z PR też jest. Piotrek dał mi twój numer i powiedział, że to twoja tematyka, no to dzwonię. To jak, będziesz? – dociekał.

Otóż nie, nie będę.

Po pierwsze Marcin – i nie tylko on, bo telefony w podobny stylu odbieram raz na kilka dni – powinien się przedstawić i zapytać, czy mam czas na rozmowę. Bo o ile do własnej mamy zadzwonię o każdej porze i ta chętnie ze mną porozmawia, to ja mamą Marcina z pewnością nie jestem. Marcin nie jest też moją matką. Przecież dziennikarz umówiony na telefon będzie znacznie lepiej nastawiony do rozmówcy, niż wtedy, gdy musi szybko kończyć tekst.

Po drugie – w Polsce panuje dziwny zwyczaj, że do kobiety mówi się od razu po imieniu. Nie twierdzę, że po imieniu mówi mi wyłącznie matka. Ale fakt, że rozmówca jest w podobnym do mojego wieku, albo że mamy wspólnego znajomego, nie jest wystarczającym powodem do traktowania mnie jak kumpla, a czasem – jak dziewczynkę.

Gdyby więc Marcin, znajomy Piotrka z firmy X, przywitał się słowami „ Dzień dobry pani Marcelino, mam numer od Piotrka, chciałbym zaprosić na konferencję”, jest większa szansa, że skorzystałabym z zaproszenia, a może nawet po konferencji przeszlibyśmy na ty.

A skoro nie poszłam, to nie przeszłam.

– Marcelina Szumer

One rozciągają linki na Facebooku

Kobiety chętniej niż mężczyźni dołączają do grup na Facebooku albo umieszczają na swoim profilu linki (17 procent kobiet na 12 procent mężczyzn) i częściej niż koledzy szukają w mediach społecznościowych aktualnych informacji – wynika z badań przeprowadzonych na dwóch tysiącach osób powyżej 18 roku życia przez Centrum Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie. Panie są też większymi zwolenniczkami Facebooka jako narzędzia pomocy w akcjach charytatywnych. Aż 65 procent kobiet uważa, że serwisy społecznościowe odgrywają dużą rolę w dobroczynności, a 6 na 10 sądzi, że angażowanie się w akcje jest łatwiejsze dzięki takim mediom. Ale obie płcie po równo denerwuje przesada. Aż 74 procent mężczyzn i 73 procent kobiet uważa, że nadmiar informacji, nawet o istotnych dla nich sprawach, może być męczący jak każdy spam. Połowa badanych, niezależnie od płci, uważa też, że przycisk „lubię to” niewiele już znaczy.

Media w USA odkrywają, że ludzie są ciekawsi od maszyn

W redakcji The New York Times przez tydzień wyłączony był program automatycznie wysyłający wiadomości na Twittera.

Redaktorzy osobiście zamieszczali tweety, korespondowali z użytkownikami, treści pojawiające się w komunikatorze zależały więc od reakcji czytelników.

Eksperyment miał wykazać, czy interaktywne, a raczej „ludzkie”, podejście do internetu przyciągnie więcej odbiorców. Choć nie brakuje głosów, że chodziło raczej o przekonanie szefostwa, że działom social media potrzebne są dodatkowe ręce do pracy.

O tym, że ludzie są dla czytelników ciekawsi niż maszyna przekonali się już redaktorzy The Wall Street Journal. Tam konto Twittera od półtora roku prowadzi człowiek, użytkowników przybywa, a wskaźniki wejść na stronę zaczęły rosnąć.

The New York Times też się przekonał i od lipca przeznaczy dodatkowe pieniądze na zespół mediów społecznościowych.

Follow Pably_pl on Twitter

Polskie dziennikarki biją globalną średnią

Światowa średnia zatrudnienia kobiet w mediach na stanowiskach kierowniczych (wydawcy, szefowe projektu, kierownicy działów) wynosi 28 procent, ale w Europie Wschodniej – niemal 50 procent. Podobnie jest na stanowiskach redaktorów naczelnych i szefowych wydawnictw. W skali globalnej stanowiska te zajmuje średnio 27 procent kobiet, zaś w naszym regionie – 43 procent. Również na stanowiskach administracyjnych (finanse, księgowość, administracja) aż 69 procent pracowników redakcji to kobiety, podczas gdy światowa średnia to zaledwie 35 procent.
Opublikowane w maju badania trwały niemal dwa lata, prowadziła je International Women’s Media Foundation w 522 firmach z 59 krajów. Najlepiej wypadły Rosja, Rumunia, Polska, Bułgaria, Węgry, Ukraina, Litwa, Łotwa i Estonia.
W krajach tych kobiet i mężczyzn w redakcjach jest niemal tyle samo. Zazwyczaj nie ma też znaczących różnic w zarobkach (wyjątkiem jest Ukraina, gdzie na podobnych stanowiskach mężczyźni mogą zarabiać dużo więcej, niż koleżanki).
Skąd biorą się dysproporcje między wschodem a zachodem? Analitycy twierdzą, że to spadek po komunizmie, w którym na podobnych stanowiskach pracowali i mężczyźni, i kobiety, a kiedy system upadł, kobiety z bloku wschodniego aktywniej niż te z zachodu szukały możliwości pracy oraz rozwoju.

Nawet najmłodsze dzieci powinny korzystać z Facebooka – oznajmił właściel portalu

Zdaniem Marka Zuckerberga edukacja to najlepsza inwestycja i trzeba ją zaczynać jak najwcześniej. Multimiliarder, który w ubiegłym roku przekazał 100 milionów dolarów na edukację w stanie New Jersey, uważa, że portale społecznościowe wspomagają szkolną edukację, bo w sieci ludzie uczą się od siebie nawzajem. Potrzebna jest tylko zmiana przepisów. Dlatego Zuckerberg  popiera reformę systemu nauczania USA, w tym zwiększenie dostępu do sieci i do aplikacji edukacyjnych w Internecie. Na razie prawo zakazuje logowania się na Facebooku dzieci, które nie ukończyły 13 lat. – Jestem zdeterminowany w dążeniu do zmiany tego stanu rzeczy – przekonuje Zuckerberg, ale na razie nie precyzuje, jak miałaby wyglądać nauka przez Facebooka. – Gdy zmienią się przepisy, zaczniemy nad tym pracować – zapowiada.

Pisząc maila do dziennikarza wyobraź sobie osobę zupełnie niezainteresowaną twoją propozycją. Oto kilka rad dla tych, którzy chcą, by media zauważyły ich wysiłki.

Na moją dziennikarską skrzynkę mailową codziennie dostaję przynajmniej kilkadziesiąt maili. Nie czytam wszystkich dokładnie, omiatam raczej wzrokiem skrzynkę mailową w poszukiwaniu informacji ważnej i ciekawej, czyli tego „czegoś”, co może być inspiracją do napisania tekstu.

Jeśli więc mail już w pierwszej chwili nie wpadnie mi w oko, to – nawet jeśli opisuje potencjalnie ciekawe wydarzenie – najpewniej wyląduje w wirtualnym koszu. Czy nie szkoda, że ciekawa premiera książki, fajna konferencja albo festiwal, który promujesz, przechodzą bez wymarzonego echa, bo mail okazał się niedopracowany, dziennikarz więc nie zainteresował się nim.

W moim własnym interesie podpowiadam więc.

Adresat. Zadbaj, by lista odbiorców nie była dłuższa od wiadomości. Ja zazwyczaj ignoruję maila, którego wysłałeś do 20 innych dziennikarzy. A wystarczy, że ukryjesz adresatów, by stworzyć iluzję ekskluzywności.

Temat. Niech to nie będzie kilometrowa epistoła z wielokrotnie złożonych zdań. Nie jesteśmy na lekcji polskiego, a mail to nie wypracowanie. Ma być krótko, treściwie i na temat. I tak zaskakująco, żeby dziennikarz czuł, że musi zobaczyć, co jest w środku.

Powitanie. Lubisz czuć, że jesteś ważny? Dziennikarz też lubi. Jeśli szczególnie zależy ci na zainteresowaniu odbiorcy listem, zwróć się do niego po imieniu. Bezosobowego maila łatwiej zignorować niż rozpoczynającego się od „Szanowna Pani Marcelino”. Ale uważaj, by wpisać właściwe imię! Ja wielokrotnie byłam Martyną albo Malwiną, raz nawet dostałam oficjalne podziękowanie od PR-owców pewnej firmy angażującej się w walkę z rakiem. Byłam bardzo zadowolona dopóki nie zobaczyłam, że na pięknie oprawionym dyplomie figuruję, jako Magdalena Szumer.

– Marcelina Szumer

Tweety dziennikarza są prywatne, czy służbowe?

Nad odpowiedzią na tytułowe pytanie zastanawiają się przedstawiciele brytyjskiej Press Complaines Commision (Komisji Zażaleń Prasowych).

Choć dziennikarze przekonują, że z Twittera i innych mediów społecznościowych korzystają jako osoby prywatne, a nie przedstawiciele redakcji, prawnicy nie są tego wcale pewni. Ich zdaniem specyfika zawodu dziennikarza sprawia, że bardzo trudno odróżnić prywatną aktywność dziennikarzy na Twitterze od służbowej, która powinna podlegać kontroli.

Jak dowiedział się „Guardian”, komisja zamierza wprowadzić regulacje, które wymuszą na dziennikarzach i redakcjach jasne odróżnienie kont prywatnych od tych związanych z działalnością wydawniczą.

Tak zwana „polityka Twittera” określałaby, jakiego rodzaju konta i wpisy na Twitterze są prywatne, a jakie podlegają jurysdykcji Komisji.

Follow Pably_pl on Twitter

Ograniczony pracownik jest niezadowolony

Niemal połowa brytyjskich pracodawców zakazuje korzystania w firmie z Facebooka i Twittera – wynika z badań przeprowadzonych wśród 2,5 tysiąca przedsiębiorców przez HCL Technologies.

45 procent zakazujących szefów przyznaje, że ograniczenie dostępu do social mediów ma zapobiec niekorzystnym dla firmy wpisom. Tymczasem – zdaniem badających – zakaz ma przeciwny skutek: ograniczani pracownicy będą niezadowoleni, w ten sposób wpływając na kondycję przedsiębiorstwa. Poza tym sam zakaz nie sprawi, że ludzie zrezygnują z wrogich wobec firmy wpisów.

Nie ma również sensu – zdaniem ekspertów – skupiać się na tym, ile czasu pracownik poświęca na Twittera, Facebooka, czy zwykle serfowanie po sieci, jeśli nie przeszkadza mu to w wykonywaniu obowiązków.

Follow Pably_pl on Twitter

Wykorzystaj, ale nie przechowuj

Uri Blau z dziennika Haaretz ma być pod koniec maja przesłuchany przez prokuratora generalnego Izraela w sprawie nielegalnego posiadania i przechowywania tajnych dokumentów.

Dziennikarz śledczy otrzymał je od swojego informatora, byłego żołnierza. Wynika z nich, że izraelscy wojskowi celowo ignorowali postanowienia Sądu Najwyższego, zlecając zabijanie arabskich bojowników. Choć wojskowi cenzorzy zezwolili na druk artykułu, a Blau zwrócił wszystkie dokumenty, może nie uniknąć rozprawy.

Izraelscy dziennikarze protestują. W petycji skierowanej do prokuratora generalnego Yehudy Weinsteina przypominają, że nigdy wcześniej nie zdarzyło się w Izraelu, by dziennikarz był ścigany za wykorzystywanie narzędzi (tu: tajnych dokumentów) niezbędnych w jego pracy. Twierdzą, że to prosta droga do zastraszenia mediów, które – w obawie przed zarzutami – nie będą wykorzystywać materiałów, do których dotrą.

 

 

Gdy ktoś nas zapewnia, że „z przyjemnością” przesyła książkę o masowych morderstwach, brzmi to nieco perwersyjnie

Jednym z wielu uroków pracy w redakcji jest otrzymywanie dziesiątek książek z darmową dostawą „na biurko”. Czasem przesyłają je sami autorzy, częściej wydawcy lub specjaliści od promocji liczący na pozytywną recenzję (lub jakikolwiek – wydrukowany w gazecie – objaw zainteresowania w myśl zasady, że lepiej, żeby pisali o nas źle, niż wcale). Do takich książek zawsze dołączony jest grzecznościowo-promocyjny list. Powitanie, a jednocześnie streszczenie książki, bo dziennikarz to przecież zapracowana istota i nie ma na czytanie czasu. Marketingowo – nie przeczę – słuszne posunięcie. Ale pod jednym warunkiem: że po takim liście od wydawcy dziennikarz jeszcze w ogóle będzie miał ochotę przeczytać książkę. Ja nie miałam

„Szanowna Pani Marcelino, z przyjemnością przesyłam [tu tytuł i nazwisko autora], wstrząsającą opowieść o morderstwach ciągle dokonywanych na młodych dziewczynach w Meksyku”

Rozumiem kurtuazyjny zwrot „z przyjemnością przesyłam”, ale czy w zestawieniu z „wstrząsającą powieścią o morderstwach” nie brzmi on nieco dziwnie? Średnio ufam osobie, która coś takiego przesyła mi „z przyjemnością”. Wolałabym, żeby po prostu mi ją przesłała.

„Autentyczna historia, która poruszy każdego czytelnika. Mimo, że dramatycznymi losami bezbronnych kobiet zainteresowała się nawet Amnesty International, to jednak nic nie zapowiada końca tej tragedii. Autorka przedstawiła prawdziwą historię dziewcząt, które spotkała śmierć”

To w końcu powieść i fikcja literacka, czy autentyczna historia – reportaż? Też słyszałam o porwaniach młodych kobiet w Ameryce Południowej, chciałabym wiedzieć, czy autorka wie o nich coś więcej. Może była na miejscu? Skąd zna „prawdziwą” historię? Kolejne zdania opisu wszystko gmatwają, podobnie jak załączony do listu biogram autorki – domatorki  miłośniczki kotów, psów, sałaty.

Oczekiwałabym jasnego wytłumaczenia, o co z tą książką chodzi. Że pisarkę poruszyły wydarzenia w Meksyku, więc nich napisała. Że co prawda nigdy tam nie była, ale informacje zbierała za pośrednictwem Amnesty International. Gdyby do listu był też załączony mniej infantylny biogram (wyznania rodem z konkursów piękności nie pasują do powieści o zabójstwach i tragedii). Wtedy pewnie bym tę książkę przeczytała. Nie przeczytałam.

Marcelina Szumer