Archiwum redaktora

Z piłką nie zaszczeka

ZNALEZIONE. Pies chwycił w zęby piłkę wykopaną za ogrodzenie boiska i uciekł z nią. Piłkarze musieli rozegrać mecz piłką rezerwową. Do zdarzenia doszło podczas meczu w klasie okręgowej w Grębowie.

O sprawie doniosło kieleckie Echo Dnia.

Alarm w śmieciach

ZNALEZIONE. Radioaktywny pampers postawił na nogi załogę łódzkiej sortowni śmieci, poinformowano też Miejski Sztab Zarządzania Kryzysowego i Polską Agencję Atomistyki. Alarm wywołały czujniki umieszczone w bramie, gdy przejeżdżała przez nią śmieciarka. Podczas przeszukania zawartości ciężarówki – w wydzielonej strefie – trafiono na promieniujący pampers dla dorosłych. Prawdopodobnie używająca go osoba przechodzi leczenie radiologiczne. To nie pierwszy alarm wywołany w łódzkiej sortowni przez radiaktwnego pampersa.

Czytaj więcej w Expressie Ilustrowanym

Lata za loda

Ciepły lód wartości 1,10 złotych padł łupem złodzieja, który wybił otwór w szybie delikatesów w Gryficach. – Następnie mężczyzna oddalił się z miejsca zdarzenia w nieznanym kierunku – relacjonuje policja. – Powrócił z młotkiem, którym usiłował powiększyć otwór. Został natychmiast zatrzymany.
Za kradzież z włamaniem 28-latkowi grozi do 10 lat więzienia.

Czytaj więcej w Głosie Szczecińskim

Płacenie za dodanie

Indeksowanie artykułów przez agregatorów kontentu (jak Google News) może być w Niemczech płatne. To propozycja rządzącej centro-prawicowej koalicji. Zgodnie z nowym prawem autorskim opłata licencyjna byłaby pobierana od agregatora za każdym razem, gdy zindeksuje on zawartość strony, czyli gdy dołączy ją do własnych zasobów.

Więcej na journalism.co.uk

Polski dziennikarz ma ręce związane prawem prasowym. To spadek po dyktaturze – usłyszeliśmy w Strasburgu

Sędziowie w Polsce zajmują się zwykle wyrokowaniem według prawa, ale nie jego oceną. O tym więc, czy dany przepis jest głupi, usłyszymy od sędziów z zagranicy. Europejski Trybunał Praw Człowieka ocenił dziś (5 lipca) przysługujące w naszym kraju prawo rozmówcy do autoryzacji. Sędziowie nie mieli wątpliwości: przepis nie jest zgodny z konwencjami unijnymi, gdyż narusza swobodę wypowiedzi dziennikarza. Dokładniej – zbyt łatwo jest zablokować publikację rozmowy, która już została przeprowadzona.

Nic dziwnego, że prawo nie jest zgodne z demokratycznymi standardami – te przepisy prawa prasowego pochodzą jeszcze z czasów komunizmu, z  1984 roku. Mówią, że jeśli rozmówca zażyczy sobie autoryzacji, dziennikarz musi życzenie spełnić. Jeśli nie, zapłaci grzywnę lub pójdzie za kratki.

Autoryzacja to zły sen dziennikarza i redaktora. Mam przed oczami liczne obrazki z redakcji, gdy autor po napisaniu tekstu zasiada do telefonu i pracowicie, osoba po osobie, czyta rozmówcom ich wypowiedzi. Osoby z drugiej strony słuchawki powiedzą, że ten fragment brzmi za ostro i łagodzą ton, ktoś inny każde wykreślić fragmenty. Zupełnie jakby rozmawiając wcześniej z dziennikarzem byli:

– pod wpływem środków psychotropowych,

–  po alkoholu,

– po torturach,

– przed wizytą u dentysty.

Czyli zachowują się jak osoby nie panujące nad własną myślą i swoim językiem. Przepis uczy ich bylejakości w kontaktach z mediami, bo przecież zawsze wystarczy rzucić na koniec „Będę autoryzować”.

Czytanie przez telefon to pół biedy. Wypowiedzi wysyłane mailem wracają poszatkowane lub przepisane barokowym językiem niby-literackim. Zapewne ma to przedstawić rozmówcę jako erudytę, powoduje zaś skutek odwrotny – rozbawienie w redakcji i pobłażliwe uśmieszki na ustach dziennikarzy i redaktorów. Te zresztą zmieniają się w grymas złości, gdy okazuje się, że wypowiedzi muszą znaleźć się w koszu, bo po „poprawkach” są nijakie, nudne i nie wnoszące nic nowego.

Oczywiście  prawo  można – jak wiele przepisów – obejść. Nie trzeba cytować wypowiedzi, dozwolone jest jej omówienie, czyli opisanie, co rozmówca powiedział. Tego nie trzeba autoryzować. Dlaczego więc dziennikarze tak narzekają?

Bo cytat to nie tylko sposób przekazania informacji czytelnikowi. To także przyprawa w daniu, jakim jest artykuł. Jak wygląda tekst bez cytatów? To tak zwana „blacha” – płaszczyzna pełna liter. Nuda. W dobrym tekście dziennikarskim (nie mylić z publicystycznym) muszą być cytaty.

Trybunał w Strasburgu zajął się autoryzacją w polskim wydaniu po skardze Jerzego Wizerkaniuka, redaktora naczelnego „Gazety Kościańskiej”. W Polsce przegrał z sądami, które skazywały go za publikację w 2003 roku nieautoryzowanej rozmowy z politykiem.

Jak to dobrze więc, że Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał:  w starciu z politykiem to dziennikarz jest owym człowiekiem.

– Paweł Wieczorek

Sugestia dziennikarza, by kupować gazety, oburzyła czytelników

Skandal w stolicy USA – lokalny serwis internetowy dziennika Washington Post zasugerował, że lepiej kupować gazety, niż czytać Twittera. Tak przynajmniej został odebrany wpis z konta Postlocal, które należy do miejskiego oddziału dziennika.

Ktoś, nieujawniony dotąd pracownik redakcji, napisał: „Kochamy tweetować i re-tweetować, ale te informacje mógłbyś też przeczytać, gdybyś wydał 75 centów na gazetę”.

Wpis oburzył użytkowników Twittera. Już po siedmiu minutach autor musiał przepraszać w kolejnej wiadomości: „Nie miałem zamiaru być nieuprzejmy pisząc tego tweeta o kupowaniu papieru”.

– Trudno jest powiedzieć w 140 znakach, co dokładnie ma się na myśli – tłumaczyła Jane Elizabeth, zastępca redaktora internetowych serwisów lokalnych. – Czasem patrzysz na to, co wysłałeś, i zastanawiasz: nie mam miejsca na dokładne wyjaśnienie swoich intencji.

Intencje dziennikarza nie zostały jednak ujawnione.

wiec

Follow Pably_pl on Twitter

Religia i Etyka nie rozpalają Brytyjczyków

BBC zamknęło swoje forum Religia i Etyka, bo zainteresowanie stroną było coraz mniejsze.

Kierownictwo tłumaczy, że uczestnicy dyskusji z pewnością przenieśli się do social mediów. Jednocześnie BBC szuka oszczędności, a forum, używane przez relatywnie małą grupkę osób, było tylko źródłem kosztów. Strona pozostaje widoczna, ale nie można już do niej dodawać postów.

Aaqil Ahmed, szef działu Religia i Etyka, zapowiada, że zainteresowani tą dziedziną życia nie pozostaną bez opieki BBC – pod koniec 2011 roku ruszy blog, który ma się stać miejscem dyskusji.

Rezygnacja z forum na rzecz bloga to część nowej strategii BBC, ukierunkowanej na aktualne trendy Internetu, szczególnie social media i blogosferę.

Dziennik Guardian i tygodnik Observer raczej w internecie

Wersje drukowane obu pism nie będą zlikwidowane, ale stracą wiodącą rolę w firmie. Guardian Media Group (GMG) zdecydował się na nową strategię po stracie 33 milionów funtów, z jaką zamknięto ostatni rok finansowy.
Sprzedaż papierowego Guardiana spadła w porównaniu z poprzednim rokiem o 12,5 procent, zaś Observera – o 13,9 procent. Jednocześnie ruch na stronach internetowych obu gazet był w kwietniu 2011 roku wyższy o 31 procent, niż rok wcześniej.
Ogólny obrót GMG w roku finansowym 2009/2010 (w krajach anglosaskich rok księgowego trwa od czerwca do czerwca) wyniósł 221 milionów funtów, z czego około 40 milionów pochodziło z cyfrowych wersji gazet.
Grupa GMG chce podwoić dochody ze źródeł cyfrowych do niemal 100 milionów funtów w 2016 roku, oszczędzając w tym samym czasie 25 milionów funtów.
W związku z tym Andrew Miller, dyrektor naczelny GMG, zapowiedział poważne przekształcenia w redakcjach. Ostrzegł, że jeśli zmiany nie zostaną wprowadzone, firma w ciągu trzech-pięciu lat straci płynność finansową.
Inwestycje w cyfrę nie mają się jednak wiązać ze zwolnieniami pracowników. Treści udostępniane za pośrednictwem internetu wciąż mają być darmowe. The Guardian był zresztą pierwszą brytyjską gazetą, która udostępniała (od 2006 roku) swoje teksty na stronie internetowej, zanim trafiły do druku.
Co zmieni się teraz w wersjach papierowych? Według GMG mają zawierać mniej newsów, a więcej analiz.

Na ten temat:
Prognozy są łaskawe dla drukowanych gazet, ale też chętnie zerkają w stronę internetu.

Sami informujemy złoczyńców, kiedy mają do nas wpaść

Złodzieje, porywacze, gwałciciele i terroryści – oni także korzystają z social media. Dlatego dokładne i publiczne informowanie przyjaciół o tym, co robisz, może stać się niebezpieczne.
Brytyjskie Ministerstwo Obrony ruszyło z kampanią, która ma edukować użytkowników sieci. Przestrzega przed pochopnym informowaniem o miejscu swojego pobytu lub przed przekazywaniem zbyt wielu danych w statusach użytkownika.
Ministerstwo korzysta z filmów wideo.

„Sieci społecznościwowe to świetne miejsce do pozostawania w kontakcie z rodziną i przyjaciółmi” – tłumaczą urzędnicy. „Pamiętać trzeba jednak, że mogą tam być też ci, którzy używają tych stron w niecnych celach” – przestrzegają.

Prognozy są łaskawe dla drukowanych gazet, ale też chętnie zerkają w stronę internetu

Internet pożera czytelników prasy drukowanej, ale nie jest w stanie zjeść wszystkich, poza tym niektóre treści są dla sieci niestrawne. Mało tego: media elektroniczne i druk muszą nauczyć się żyć wspólnie, bo tylko wtedy wilk będzie syty, a owca cała. Z grubsza takie są prognozy, szczegóły poniżej.
W USA reklamy w mediach elektronicznych (do których zalicza się nie tylko internet, ale i komórki oraz tablety) warte będą w 2015 roku 2,8 miliarda dolarów (w 2010 roku: 1,1 miliarda dolarów).
To obliczenia z raportu firmy PricewaterhouseCoopers „Global Entertainment and Media Outlook: 2011-2015”.
Prenumeraty internetowe (subskrypcje) mają wynieść 319 milionów dolarów, przy 150 milionach w 2010 roku. Wbrew czarnym scenariuszom nie ma jednak mowy o likwidacji drukowanej prasy. W 2015 roku obroty w tej branży sięgną 25,1 miliardów dolarów, przy wzroście 3,5 procenta rocznie. Nadal jednak będą poniżej obrotów z 2007 roku (wtedy wyniosły one 25,4 miliarda dolarów).

Wielu czytelników jeszcze przez lata wybierać będzie papier, zamiast sieci (fot. WikimediaCommons)

Nie jest bowiem łatwo odbić się od dna. Na przykład obroty z reklam po spadku o 26,8 procent w latach 2007-2009, dopiero w 2010 roku poszły do góry i to zaledwie o dwa procenty.
Niedofinansowanie drukowanych pism sprawa, że rynek medialny nie jest stabilny i wciąż szuka zabezpieczenia w rozwijaniu przedsięwzięć internetowych.
Szczególne niebezpieczeństwo – według  raportu – czyha na czasopisma lifestylowe i o celebrytach. Informacje w nich zawarte są bowiem łatwo dostępne w darmowych źródłach w internecie.