Jedna nominacja za dużo, jeden wstyd za mało

Chlipiący prezenterzy oraz rozemocjonowane prezenterki licytujące się z kolegami, kto bardziej płakał, kto zemdlał, kto miał trudniej – jak dziś pamiętam materiał wyemitowany w TVN24. Stacja przygotowała wspomnieniowy reportaż w związku z katastrofą smoleńską. Nie, nie o wdowach i wdowcach, nie o osieroconych dzieciach, nie o szczątkach tupolewa. O samej sobie.

Oglądałam to autopromocyjne dzieło i czułam niesmak. Do końca dotrwałam z trudem i chyba tylko ze względów zawodowych, bo przecież nie w nadziei, że może pod koniec nie będzie tak żenująco. Podobne odczucia mieli znajomi dziennikarze, którzy oglądali ten program. Znajomi nie-dziennikarze zresztą też. Wszyscy mieliśmy poczucie, że coś tu jest nie tak, że robienie programu o tym, jak cierpią dziennikarze, było niesmaczne, a poziom samozachwytu nad tym, „jak świetnie daliśmy sobie radę” – nieznośny.  Bo to jest ich praca. Bo absolutnie każda gazeta, stacja telewizyjna a nawet tygodnik, mobilizuje w takich chwilach pracowników, cofa ich z urlopu, wzywa do redakcji. Bo wszyscy mają ręce pełne roboty, bo każdy znał kogoś, kto zginał w tym samolocie.

Czy w związku z tym, każdy powinien napisać albo opowiedzieć na wizji lub fonii, jak mu wtedy było ciężko? Wygląda na to, że tak. Przynajmniej, jeśli ma chrapkę na nominację do nagrody Grand Press, tego bowiem zaszczytu dostąpił w grudniu 2011 roku ten właśnie reportaż „8.38”. Jury argumentowało, że oto ktoś w końcu pokazał pracę dziennikarzy „od środka” oraz to, „na jakie próby został wystawiony ich profesjonalizm”. A ja mam wrażenie, że nominowanie tego materiału to dopiero próba, na jaką został wystawiony profesjonalizm jurorów. Próba – podkreślam dla jasności – nieudana.

Nie ostatnia zresztą. Podczas gali Grand Press 2011 jury zaskoczyło mnie jeszcze raz. Wymieniając materiały nominowane w kategorii  Dziennikarstwo Śledcze przedstawiciel kapituły wyraził głęboki żal, że „polskie media nie zainteresowały się i nie kontynuowały”  tematu odebrania śledztw pewnemu prokuratorowi, które poruszono w artykule „Przetrącone śledztwo” Wojciecha Czuchnowskiego i Bogdana Wróblewskiego z „Gazety Wyborczej” .

Moje zdziwienie wynikło z faktu, że szanowne jury – w skład którego weszli naczelni czołowych polskich gazet, stacji telewizyjnych i radiowych – przegapiło albo zapomniało o jednym, drobnym szczególe. Że „polskie media” to właśnie oni.

I że to od nich zależy, co „pociągnął”, rozwinąć, co będą drążyć dziennikarze, a jakie tematy porzucą, bądź przemilczą. Na co dzień przecież, gdy dziennikarz zwróci uwagę na ciekawy, choć poruszony przez kogoś innego temat, nie ma szansy, by go rozwinąć. Słyszy raczej „oni już to zrobili” oraz, że sam lepiej by zrobił, gdyby czym prędzej sam wytropił (względnie wykreował) jakąś spektakularną  aferę, która sprawi, że to akurat tę redakcję będą cytować inne media. Nieraz z łamów spadały świetne teksty tylko dlatego, że „powiedzieli o tym w telewizji” albo ktoś napisał o tym dzień wcześniej. A że nie do końca o tym i że właściwie to na zupełnie inny temat, tylko przypadkiem brzmiący podobnie? Nie szkodzi.

W dobie newsów na pogłębianie tematów nie ma w polskich mediach ani czasu, ani ochoty. Nikt nie wie o tym lepiej, niż naczelni. I nagle gremialnie postanawiają z żalem zauważyć, że media nie podejmują ważkich tematów?

Gdyby choć powiedzieli „Panie, panowie, nie doceniliśmy wagi tematu, powinniśmy go byli kontynuować” uznałabym, że „mają jaja”, bo potrafią się przyznać do błędu, czy przeoczenia.

A więc, jeśli szanowne jury zapomniało, że kształt polskich mediów nie tylko podczas rozdania Grand Pressów, ale też na co dzień, zależy od tego właśnie gremium, to niniejszym przypominam.

Marcelina Szumer

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • del.icio.us
  • Pinger
  • Google Buzz
  • Reddit
  • Tumblr
  • Ulubione

Jeden komentarz na temat: “Jedna nominacja za dużo, jeden wstyd za mało”

Skomentuj

*