Polski dziennikarz ma ręce związane prawem prasowym. To spadek po dyktaturze – usłyszeliśmy w Strasburgu

Sędziowie w Polsce zajmują się zwykle wyrokowaniem według prawa, ale nie jego oceną. O tym więc, czy dany przepis jest głupi, usłyszymy od sędziów z zagranicy. Europejski Trybunał Praw Człowieka ocenił dziś (5 lipca) przysługujące w naszym kraju prawo rozmówcy do autoryzacji. Sędziowie nie mieli wątpliwości: przepis nie jest zgodny z konwencjami unijnymi, gdyż narusza swobodę wypowiedzi dziennikarza. Dokładniej – zbyt łatwo jest zablokować publikację rozmowy, która już została przeprowadzona.

Nic dziwnego, że prawo nie jest zgodne z demokratycznymi standardami – te przepisy prawa prasowego pochodzą jeszcze z czasów komunizmu, z  1984 roku. Mówią, że jeśli rozmówca zażyczy sobie autoryzacji, dziennikarz musi życzenie spełnić. Jeśli nie, zapłaci grzywnę lub pójdzie za kratki.

Autoryzacja to zły sen dziennikarza i redaktora. Mam przed oczami liczne obrazki z redakcji, gdy autor po napisaniu tekstu zasiada do telefonu i pracowicie, osoba po osobie, czyta rozmówcom ich wypowiedzi. Osoby z drugiej strony słuchawki powiedzą, że ten fragment brzmi za ostro i łagodzą ton, ktoś inny każde wykreślić fragmenty. Zupełnie jakby rozmawiając wcześniej z dziennikarzem byli:

– pod wpływem środków psychotropowych,

–  po alkoholu,

– po torturach,

– przed wizytą u dentysty.

Czyli zachowują się jak osoby nie panujące nad własną myślą i swoim językiem. Przepis uczy ich bylejakości w kontaktach z mediami, bo przecież zawsze wystarczy rzucić na koniec „Będę autoryzować”.

Czytanie przez telefon to pół biedy. Wypowiedzi wysyłane mailem wracają poszatkowane lub przepisane barokowym językiem niby-literackim. Zapewne ma to przedstawić rozmówcę jako erudytę, powoduje zaś skutek odwrotny – rozbawienie w redakcji i pobłażliwe uśmieszki na ustach dziennikarzy i redaktorów. Te zresztą zmieniają się w grymas złości, gdy okazuje się, że wypowiedzi muszą znaleźć się w koszu, bo po „poprawkach” są nijakie, nudne i nie wnoszące nic nowego.

Oczywiście  prawo  można – jak wiele przepisów – obejść. Nie trzeba cytować wypowiedzi, dozwolone jest jej omówienie, czyli opisanie, co rozmówca powiedział. Tego nie trzeba autoryzować. Dlaczego więc dziennikarze tak narzekają?

Bo cytat to nie tylko sposób przekazania informacji czytelnikowi. To także przyprawa w daniu, jakim jest artykuł. Jak wygląda tekst bez cytatów? To tak zwana „blacha” – płaszczyzna pełna liter. Nuda. W dobrym tekście dziennikarskim (nie mylić z publicystycznym) muszą być cytaty.

Trybunał w Strasburgu zajął się autoryzacją w polskim wydaniu po skardze Jerzego Wizerkaniuka, redaktora naczelnego „Gazety Kościańskiej”. W Polsce przegrał z sądami, które skazywały go za publikację w 2003 roku nieautoryzowanej rozmowy z politykiem.

Jak to dobrze więc, że Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał:  w starciu z politykiem to dziennikarz jest owym człowiekiem.

– Paweł Wieczorek

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • del.icio.us
  • Pinger
  • Google Buzz
  • Reddit
  • Tumblr
  • Ulubione

2 komentarze “Polski dziennikarz ma ręce związane prawem prasowym. To spadek po dyktaturze – usłyszeliśmy w Strasburgu”

  • Iwona:

    Autoryzacja jest jednak wybawieniem dla „ofiar” nierzetelności i lenistwa dziennikarzy, a tych w gronie przedstawicieli mediów też nie brakuje. Umawiasz się z takim dziennikarzem na rozmowę, merytorycznie jesteś przygotowany do rozmowy, lecz jeśli trochę się znacie, rozmawiacie swobodnie, padają zwroty dopuszczalne w języku potocznym, dopuszczalne podczas dialogu .. . a potem czytasz swoją wypowiedź, spisaną słowo w słowo z nagrania i czerwienisz się ze wstydu. Merytorycznie bez zarzutu, ale język jak cytat z Ferdka Kiepskiego. Pół biedy jeśli przynajmniej sens twojej wypowiedzi jest zgodny z intencją, gorzej gdy został całkowicie zmieniony, bo zbyt długie zdanie nie zmieściło się w wierszu, kolumnie czy czymś tam i trzeba było usunąć jedno słowo, a że zmieniło to sens … i cóż z tego, ludzie i tak zapomną. Dlatego ja jestem za autoryzacją i zawsze proszę o taką możliwość, a potem spędzam godziny nad kulawym tekstem, by nikt nie zarzucił mi, że nie panuję nad własną myślą i swoim językiem

  • Paweł Wieczorek:

    Dziękuję, trafne uwagi niestety 🙂 Autoryzacja rozleniwia bowiem niektórych, którzy uważają, że doszlifują tekst podczas autoryzacji, dopytają i tak dalej. Gdy ktoś jednak nie prosi o autoryzację, bywa że piszący nie zmieniają stylu pracy i cytują byle jak. Gdyby nie było autoryzacji dziennikarz miałby od początku pracy w tym zawodzie świadomość, że to on odpowiada za jakość cytatu. Także przed sądem. To buduje samodyscyplinę. Poprawiając w ten sposób jakość dziennikarstwa. I zwiększając przy tym jego wolność. W Strasburgu na przykład chodziło raczej o to, że autoryzacja może zablokować tekst, jeśli rozmówca w trakcie autoryzacji odmówi jego publikacji, na przykład wycofa wypowiedzi. Pozdrawiam! Paweł Wieczorek

Skomentuj

*