Z konferencji prasowych dziennikarze wynoszą prezenty, jedzenie i zarzuty

Dziennikarz zapytany o to, co najbardziej wkurza go w pracy, odpowiada zwykle, że naczelny. Tak więc naczelnego jako wkurzający pewnik odstawmy na bok i przejdźmy do kolejnego szalenie irytującego elementu – do PR-owców.

Kontaktujemy się z nimi (a właściwie oni z nami) codziennie: setki maili, dziesiątki telefonów i oczywiście nieustające zaproszenia na kilka konferencji, z których każda odbywa się tego samego dnia, o tej samej porze i w zupełnie innym miejscu. Wszystkie mają jeszcze jedną cechę wspólną: są kompletnie niepotrzebne. Tak przynajmniej twierdzą dziennikarze.

Czasami zresztą żadne pytania nie padają, bo konferencja zorganizowana jest w sposób, który uniemożliwia dialog. Na brak możliwości zadawania pytań i na ekspertów migających się od odpowiedzi w badaniu portalu PRoto skarży się 11 procent dziennikarzy. Tyle samo uznało, że spotkania są niepotrzebnie przedłużane, organizowane w złych miejscach, a 14 procent skarżyło się na źle dobrane terminy. Ogólnie rzecz biorąc – tragedia, bo dziennikarze wymieniali też całą masę pomniejszych zarzutów, okraszając je wylewnymi komentarzami.

Od dawna skrybowie i dziennikarze przychylnym okiem patrzą na wydawane na ich cześć uczty. Rys. Francja, XV wiek.

Moi koledzy dziennikarze, którzy uczestniczyli w badaniu, zgrabnie (jak PR-owcy) przemilczeli jedno: dlaczego chodzą na konferencje, skoro te są tak kiepskie. Z ankiety wynika bowiem, że 82 procent często korzysta z zaproszeń (35 procent ze wszystkich, a 47 procent z tych dotyczących ich „działki”). Spieszę z wyjaśnieniami.

Nawet na niefajnych konferencjach prasowych dziennikarze dostają fajne prezenty. Na przykład elegancki skórzany portfel. Albo odtwarzacz mp3. Albo profesjonalne rękawice narciarskie. Czasem trafia się też półroczny zapas kosmetyków albo multiwitamin (im zdrowszy dziennikarz, tym więcej konferencji może obskoczyć). Nawet zwykły pen drive (dziś już konferencyjny standard) dziennikarza ucieszy tak bardzo jak fakt, że może się napić za darmo kawy i zjeść ciastko (tak, tak o konferencyjnym menu dziennikarze opowiadają w redakcji więcej, niż o treści konferencji).

Piszę to wszystko ja – właścicielka rękawic narciarskich zdobytych na konferencji prasowej. I myślę sobie, że chętnie obejrzałabym badania, w których to PR– owcy mówią, co ich wkurza w dziennikarzach. Na przykład, że są z punktu widzenia PR zachłanni. Albo, jak się w redakcji posmarują podarowanym kremem, to napiszą o nim wszystko, co najlepsze. I jeszcze kilka stereotypów krążących i wśród PR-owców, i dziennikarzy. Znów byłoby się z czego pośmiać.

Tak jak dotąd śmieję się z zaproszenia na zabieg hydrokolonoskopii, który na jednej z konferencji dostała pewna dziennikarka. Wizja dobrowolnego poddania się lewatywie okazała się wystarczająco przerażająca, by napisać tekst z zaproszenia nie korzystając. PR-owcom gabinetu kosmetycznego serdecznie gratuluję przenikliwości.

Marcelina Szumer

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • del.icio.us
  • Pinger
  • Google Buzz
  • Reddit
  • Tumblr
  • Ulubione

2 komentarze “Z konferencji prasowych dziennikarze wynoszą prezenty, jedzenie i zarzuty”

  • W sumie nie ma się co dziwić – maks. 1k zł „pensji”/miesiąc, jakie dostaje przeciętny współpracownik dowolnej redakcji…więc każdy pendrive to łakomy kąsek:)

  • Marcelina Szumer:

    To chyba zależy od redakcji, znam dziennikarzy, którzy za swoje miesięczne wynagrodzenie mogliby postawić fabrykę pendrive-ów, ale i takich, którym starczało tylko na zupki chińskie, więc na konferencje chodzili co dzień – żeby się najeść (serio!).
    Abstrahując zaś od zarobków: są też po prostu miłośnicy gadżetów, których raduje fakt, że dostali prezent. Naczelny pewnego ogólnopolskiego dziennika cieszył się jak dziecko ze zwykłego T-shirtu 🙂

Skomentuj

*