Blog

Z konferencji prasowych dziennikarze wynoszą prezenty, jedzenie i zarzuty

Dziennikarz zapytany o to, co najbardziej wkurza go w pracy, odpowiada zwykle, że naczelny. Tak więc naczelnego jako wkurzający pewnik odstawmy na bok i przejdźmy do kolejnego szalenie irytującego elementu – do PR-owców.

Kontaktujemy się z nimi (a właściwie oni z nami) codziennie: setki maili, dziesiątki telefonów i oczywiście nieustające zaproszenia na kilka konferencji, z których każda odbywa się tego samego dnia, o tej samej porze i w zupełnie innym miejscu. Wszystkie mają jeszcze jedną cechę wspólną: są kompletnie niepotrzebne. Tak przynajmniej twierdzą dziennikarze.

Czasami zresztą żadne pytania nie padają, bo konferencja zorganizowana jest w sposób, który uniemożliwia dialog. Na brak możliwości zadawania pytań i na ekspertów migających się od odpowiedzi w badaniu portalu PRoto skarży się 11 procent dziennikarzy. Tyle samo uznało, że spotkania są niepotrzebnie przedłużane, organizowane w złych miejscach, a 14 procent skarżyło się na źle dobrane terminy. Ogólnie rzecz biorąc – tragedia, bo dziennikarze wymieniali też całą masę pomniejszych zarzutów, okraszając je wylewnymi komentarzami.

Od dawna skrybowie i dziennikarze przychylnym okiem patrzą na wydawane na ich cześć uczty. Rys. Francja, XV wiek.

Moi koledzy dziennikarze, którzy uczestniczyli w badaniu, zgrabnie (jak PR-owcy) przemilczeli jedno: dlaczego Czytaj dalej »

Polski dziennikarz ma ręce związane prawem prasowym. To spadek po dyktaturze – usłyszeliśmy w Strasburgu

Sędziowie w Polsce zajmują się zwykle wyrokowaniem według prawa, ale nie jego oceną. O tym więc, czy dany przepis jest głupi, usłyszymy od sędziów z zagranicy. Europejski Trybunał Praw Człowieka ocenił dziś (5 lipca) przysługujące w naszym kraju prawo rozmówcy do autoryzacji. Sędziowie nie mieli wątpliwości: przepis nie jest zgodny z konwencjami unijnymi, gdyż narusza swobodę wypowiedzi dziennikarza. Dokładniej – zbyt łatwo jest zablokować publikację rozmowy, która już została przeprowadzona.

Nic dziwnego, że prawo nie jest zgodne z demokratycznymi standardami – te przepisy prawa prasowego pochodzą jeszcze z czasów komunizmu, z  1984 roku. Mówią, że jeśli rozmówca zażyczy sobie autoryzacji, dziennikarz musi życzenie spełnić. Jeśli nie, zapłaci grzywnę lub pójdzie za kratki.

Autoryzacja to zły sen dziennikarza i redaktora. Mam przed oczami liczne obrazki z redakcji, gdy autor po napisaniu tekstu zasiada do telefonu i pracowicie, osoba po osobie, czyta rozmówcom ich wypowiedzi. Osoby z drugiej strony słuchawki powiedzą, że ten fragment brzmi za ostro i łagodzą ton, ktoś inny każde wykreślić fragmenty. Zupełnie jakby rozmawiając wcześniej z dziennikarzem byli:

– pod wpływem środków psychotropowych,

–  po alkoholu,

– po torturach,

– przed wizytą u dentysty.

Czyli zachowują się jak osoby nie panujące nad własną myślą i swoim językiem. Przepis uczy ich bylejakości w kontaktach z mediami, bo przecież zawsze wystarczy rzucić na koniec „Będę autoryzować”.

Czytanie przez telefon to pół biedy. Wypowiedzi wysyłane mailem wracają poszatkowane lub przepisane barokowym językiem niby-literackim. Zapewne ma to przedstawić rozmówcę jako erudytę, powoduje zaś skutek odwrotny – rozbawienie w redakcji i pobłażliwe uśmieszki na ustach dziennikarzy i redaktorów. Te zresztą zmieniają się w grymas złości, gdy okazuje się, że wypowiedzi muszą znaleźć się w koszu, bo po „poprawkach” są nijakie, nudne i nie wnoszące nic nowego.

Oczywiście  prawo  można – jak wiele przepisów – obejść. Nie trzeba cytować wypowiedzi, dozwolone jest jej omówienie, czyli opisanie, co rozmówca powiedział. Tego nie trzeba autoryzować. Dlaczego więc dziennikarze tak narzekają?

Bo cytat to nie tylko sposób przekazania informacji czytelnikowi. To także przyprawa w daniu, jakim jest artykuł. Jak wygląda tekst bez cytatów? To tak zwana „blacha” – płaszczyzna pełna liter. Nuda. W dobrym tekście dziennikarskim (nie mylić z publicystycznym) muszą być cytaty.

Trybunał w Strasburgu zajął się autoryzacją w polskim wydaniu po skardze Jerzego Wizerkaniuka, redaktora naczelnego „Gazety Kościańskiej”. W Polsce przegrał z sądami, które skazywały go za publikację w 2003 roku nieautoryzowanej rozmowy z politykiem.

Jak to dobrze więc, że Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał:  w starciu z politykiem to dziennikarz jest owym człowiekiem.

– Paweł Wieczorek

Traktuj dziennikarza jak człowieka, a odwdzięczy się tym samym

Dziennikarz to pamiętliwa bestia. Nie, żeby zaraz mściwa (choć i tak bywa), ale pamiętliwa z pewnością. Nikt przecież nie lubi, gdy coś mu się obiecuje, a potem nie dotrzymuje słowa. Ludzie od PR powinni o tym pamiętać.

Rozczarowania, jakich nieraz doświadczyłam podczas współpracy z przedstawicielami PR, przypomniała mi niedawna historia z grą „Duke Nukem Forever„. Po kiepskich recenzjach, jakie zebrała, na Twitterze agencji zajmującej się promocją gry pojawił się wpis: „Zbyt wielu posunęło się za daleko w recenzjach. Oceniamy właśnie, kto następnym razem dostanie grę do oceny, a kto nie”.

Wiadomość została usunięta, przeprosiny do dziennikarzy wysłane, ale Czytaj dalej »

Klikając w papier najwyżej pobrudzisz sobie palec drukarską farbą

Bezpłatny dziennik Agory „Metro” od dwóch dni ukazuje się w nowej makiecie. Według redaktora naczelnego gazety taki układ „lepiej odpowiada stylowi życia czytelników, lepiej oddaje charakter gazety i nawiązuje do grafiki internetowej”.

Przeglądam egzemplarz wydany po nowemu i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z tym stylem życia coś musi być nie tak – „Metro” jest brzydsze. Nowy układ artykułów na stronie to raczej wskazówka, że nie wszystkie rozwiązania, które świetnie funkcjonują na stronach internetowych, sprawdzają się w gazecie.

Nawet dobre zdjęcia umieszczane na jednakowej wysokości zlewają się i nie zwracają uwagi czytelnika. To samo dotyczy artykułów: wcześniej były łamane różnorodnie, teraz drukowane są na obszarach przypominających identycznych rozmiarów ramki i trudno zorientować się, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. W Internecie to działa, na papierze niekoniecznie.

Polacy gustują w przerywniku na „k…”. „Metro” (odpowiadając na ich styl życia?) też wprowadziło przerywnik-odnośnik: na żółtej strzałce przy niektórych tekstach pojawia się napis „klik”. Wyraźne, ale na papierze nieco groteskowe, „nawiązanie do grafiki internetowej”.

Zdumienie ogarnęło mnie też, gdy trafiłam na rubrykę „Wczoraj się czytało”, która zawiera cytaty z innych mediów. Tytułowy zwrot czyta się tak niezgrabnie, że do dziś zgrzytam zębami.

Nowe „Metro” ma też dobre strony. Przejrzyście prezentuje się dział Nieruchomości – zdjęcia są duże, a niebieskie nagłówki uspokoiły mnie po szoku pierwszych stron. Kultura zrezygnowała z długich blach tekstu – teraz krótsze czyta się znacznie lepiej.

Ogólne wrażenia mam jednak kiepskie. Zmartwił się też chyba papier, na którym drukowana jest gazeta –  schudł jakoś i poszarzał. Teraz blednie na nim nawet czerwone logo „Metra”.

– Marcelina Szumer

 

A gdyby to twoja matka mówiła do ciebie po imieniu? To nie ma sprawy. Ale obcy PR-owiec nie jest matką dziennikarza

Jeszcze nie zdążyłam zaczerpnąć powietrza, by po odebraniu telefonu powiedzieć „słucham”, a już zalewał mnie potok słów wypowiadanych męskim barytonem.

– Cześć Marcelina, wiem, że interesujesz się edukacją, musisz więc przyjść na naszą konferencję, po której sama zapragniesz napisać o naszym produkcie, bo takie coś to świetna sprawa, no majowa rewolucja po prostu, coś niesłychanego – strzelał słowami PR-owiec.

Nim zdążyłam się odezwać padła jeszcze masa słów o tym, co i kiedy muszę.

– A z kim rozmawiam?! – udało mi się zadać to jedno, ale jakże ważkie pytanie.

Mężczyzna, który od pięciu minut snuł entuzjastyczny monolog, nie był bowiem uprzejmy się przedstawić.

– No, Marcin z tej strony – odpowiedział.

– Ja nie znam Marcina Z Tej Strony – odparłan.

– Kolega Piotrka, no tego wiesz, z PR też jest. Piotrek dał mi twój numer i powiedział, że to twoja tematyka, no to dzwonię. To jak, będziesz? – dociekał.

Otóż nie, nie będę.

Po pierwsze Marcin – i nie tylko on, bo telefony w podobny stylu odbieram raz na kilka dni – powinien się przedstawić i zapytać, czy mam czas na rozmowę. Bo o ile do własnej mamy zadzwonię o każdej porze i ta chętnie ze mną porozmawia, to ja mamą Marcina z pewnością nie jestem. Marcin nie jest też moją matką. Przecież dziennikarz umówiony na telefon będzie znacznie lepiej nastawiony do rozmówcy, niż wtedy, gdy musi szybko kończyć tekst.

Po drugie – w Polsce panuje dziwny zwyczaj, że do kobiety mówi się od razu po imieniu. Nie twierdzę, że po imieniu mówi mi wyłącznie matka. Ale fakt, że rozmówca jest w podobnym do mojego wieku, albo że mamy wspólnego znajomego, nie jest wystarczającym powodem do traktowania mnie jak kumpla, a czasem – jak dziewczynkę.

Gdyby więc Marcin, znajomy Piotrka z firmy X, przywitał się słowami „ Dzień dobry pani Marcelino, mam numer od Piotrka, chciałbym zaprosić na konferencję”, jest większa szansa, że skorzystałabym z zaproszenia, a może nawet po konferencji przeszlibyśmy na ty.

A skoro nie poszłam, to nie przeszłam.

– Marcelina Szumer

Pisząc maila do dziennikarza wyobraź sobie osobę zupełnie niezainteresowaną twoją propozycją. Oto kilka rad dla tych, którzy chcą, by media zauważyły ich wysiłki.

Na moją dziennikarską skrzynkę mailową codziennie dostaję przynajmniej kilkadziesiąt maili. Nie czytam wszystkich dokładnie, omiatam raczej wzrokiem skrzynkę mailową w poszukiwaniu informacji ważnej i ciekawej, czyli tego „czegoś”, co może być inspiracją do napisania tekstu.

Jeśli więc mail już w pierwszej chwili nie wpadnie mi w oko, to – nawet jeśli opisuje potencjalnie ciekawe wydarzenie – najpewniej wyląduje w wirtualnym koszu. Czy nie szkoda, że ciekawa premiera książki, fajna konferencja albo festiwal, który promujesz, przechodzą bez wymarzonego echa, bo mail okazał się niedopracowany, dziennikarz więc nie zainteresował się nim.

W moim własnym interesie podpowiadam więc.

Adresat. Zadbaj, by lista odbiorców nie była dłuższa od wiadomości. Ja zazwyczaj ignoruję maila, którego wysłałeś do 20 innych dziennikarzy. A wystarczy, że ukryjesz adresatów, by stworzyć iluzję ekskluzywności.

Temat. Niech to nie będzie kilometrowa epistoła z wielokrotnie złożonych zdań. Nie jesteśmy na lekcji polskiego, a mail to nie wypracowanie. Ma być krótko, treściwie i na temat. I tak zaskakująco, żeby dziennikarz czuł, że musi zobaczyć, co jest w środku.

Powitanie. Lubisz czuć, że jesteś ważny? Dziennikarz też lubi. Jeśli szczególnie zależy ci na zainteresowaniu odbiorcy listem, zwróć się do niego po imieniu. Bezosobowego maila łatwiej zignorować niż rozpoczynającego się od „Szanowna Pani Marcelino”. Ale uważaj, by wpisać właściwe imię! Ja wielokrotnie byłam Martyną albo Malwiną, raz nawet dostałam oficjalne podziękowanie od PR-owców pewnej firmy angażującej się w walkę z rakiem. Byłam bardzo zadowolona dopóki nie zobaczyłam, że na pięknie oprawionym dyplomie figuruję, jako Magdalena Szumer.

– Marcelina Szumer

Gdy ktoś nas zapewnia, że „z przyjemnością” przesyła książkę o masowych morderstwach, brzmi to nieco perwersyjnie

Jednym z wielu uroków pracy w redakcji jest otrzymywanie dziesiątek książek z darmową dostawą „na biurko”. Czasem przesyłają je sami autorzy, częściej wydawcy lub specjaliści od promocji liczący na pozytywną recenzję (lub jakikolwiek – wydrukowany w gazecie – objaw zainteresowania w myśl zasady, że lepiej, żeby pisali o nas źle, niż wcale). Do takich książek zawsze dołączony jest grzecznościowo-promocyjny list. Powitanie, a jednocześnie streszczenie książki, bo dziennikarz to przecież zapracowana istota i nie ma na czytanie czasu. Marketingowo – nie przeczę – słuszne posunięcie. Ale pod jednym warunkiem: że po takim liście od wydawcy dziennikarz jeszcze w ogóle będzie miał ochotę przeczytać książkę. Ja nie miałam

„Szanowna Pani Marcelino, z przyjemnością przesyłam [tu tytuł i nazwisko autora], wstrząsającą opowieść o morderstwach ciągle dokonywanych na młodych dziewczynach w Meksyku”

Rozumiem kurtuazyjny zwrot „z przyjemnością przesyłam”, ale czy w zestawieniu z „wstrząsającą powieścią o morderstwach” nie brzmi on nieco dziwnie? Średnio ufam osobie, która coś takiego przesyła mi „z przyjemnością”. Wolałabym, żeby po prostu mi ją przesłała.

„Autentyczna historia, która poruszy każdego czytelnika. Mimo, że dramatycznymi losami bezbronnych kobiet zainteresowała się nawet Amnesty International, to jednak nic nie zapowiada końca tej tragedii. Autorka przedstawiła prawdziwą historię dziewcząt, które spotkała śmierć”

To w końcu powieść i fikcja literacka, czy autentyczna historia – reportaż? Też słyszałam o porwaniach młodych kobiet w Ameryce Południowej, chciałabym wiedzieć, czy autorka wie o nich coś więcej. Może była na miejscu? Skąd zna „prawdziwą” historię? Kolejne zdania opisu wszystko gmatwają, podobnie jak załączony do listu biogram autorki – domatorki  miłośniczki kotów, psów, sałaty.

Oczekiwałabym jasnego wytłumaczenia, o co z tą książką chodzi. Że pisarkę poruszyły wydarzenia w Meksyku, więc nich napisała. Że co prawda nigdy tam nie była, ale informacje zbierała za pośrednictwem Amnesty International. Gdyby do listu był też załączony mniej infantylny biogram (wyznania rodem z konkursów piękności nie pasują do powieści o zabójstwach i tragedii). Wtedy pewnie bym tę książkę przeczytała. Nie przeczytałam.

Marcelina Szumer

Wszystkiego Najlepszego to za mało – uważają składający firmowe życzenia. Ale nie każdy wie, co mądrego do życzeń dodać

Wielkanoc za pasem, redakcyjne skrzynki mailowe już od kilku
tygodni zasypywane są mailami od PR-owców, rzeczników i dyrektorów biur
marketingu, którzy tym razem nie chcą nam niczego „sprzedać”. Chcą tylko
złożyć swiąteczne życzenia. Nie dlatego, że są bogobojni, lecz by tradycji
stało się zadość, a dobre relacje na linii firma-dziennikarz została utrzymana.
Albo wzmocniona. Albo nawiązana.

I tu przechodzimy do sedna.

Po pierwsze: nie ma sensu wypisywać w świątecznych mailach kilometrowych
peanów, ani silić się na przesadną oryginalność, w postaci choćby „jeszcze
zielenszej wiosennej zieleni”.

Uważałabym też z… jajami, bo choć to niewątpliwy wielkanocny symbol,
niektórzy zwykli sobie robic z nich jaja. Mi to nie przeszkadza, ale –
uwierzcie – zdarzają się dziennikarze bez poczucia humoru.

I jeszcze coś, nim zabierzemy się za pieczenie, a następnie konsumowanie
świątecznych mazurków. Błagam! Żadnych wierszyków i życzeń, które od lat krążą
po sieci. Częstochowskie rymy i frazy typu „minęła chwila i widzę żonkila”
owszem, wywołują uśmiech, ale chyba nie taki, o jaki PR-owcom chodziło.

Marcelina Szumer

Wygrana w konkursach nie przekłada się na sukces biznesowy

Wygrana w konkursach nie przekłada się na sukces biznesowy, a nawet na szansę dalszego istnienia w pełnej krasie i w dobrej formie.

Przykładem TVN Warszawa, które z końcem marca zniknęło z eteru, za to 18 kwietnia zostało czterokrotnie wyróżnione w konkursie Media Trendy 2011. Stacja wciąż funkcjonuje w internecie, ale z mocno okrojonym zespołem, pełniąc funkcję lokalnego portalu informacyjnego.

A przecież już miesiąc po uruchomieniu w grudniu 2008 roku TVN Warszawa dostała nagrodę Red Dot 2009 za oprawę graficzną, zeszłoroczne Media Trendy nagrodziło ją za Debiut Roku i wyróżniło za poszukiwanie telewizyjnych osobowości. Zaś w międzynarodowym Hot Bird TV Awards 2010 na stację głosowało tyle osób, że wygrała w kategorii People’s Choice.

Ale skoro zły pieniądz wypiera dobry pieniądz to ostatecznym zwycięzcą okazało się coś faktycznie małego – według szefów TVN Warszawa to lokalny rynek reklamowy jest zbyt mały, by utrzymać stację. Nauczka jest więc taka: nie ufajmy naiwnie dyplomom i pucharom, które zobaczymy w siedzibach firm. Najważniejszy jest zawsze księgowy.

TVN Warszawa nie jest pierwszym medium, które rynek przekierował do sieci, a ruchy te śmiało można nazwać medialnym trendem 2011 roku. I właśnie za to stacja powinna zostać nagrodzona! Spokojnie, to tylko żart.

– Paweł Wieczorek