Znalezione w kraju

Spłonęła, choć była piękna i zadbana

Po jej urodzie nie ma już śladu

Rekreacyjna altanka doszczętnie spłonęła na terenie ogródków działkowych „Nad zalewem”. Pożar wybuchł przed godziną 15. Na miejsce przyjechały dwa wozy państwowej straży pożarnej ze Szczecina i jeden wojskowej. Ogień szybko strawił jednak budynek.
– To była piękna altanka – mówi właścicielka pobliskiej działki. – Właściciel o nią dbał.

O sprawie pierwszy napisał Głos Szczeciński

Głaskał zbyt czule

Wstydzę się, chociaż wszyscy sąsiedzi wiedzą o upodobaniach ojca – mówi córka Władysława D. Mężczyzna stanął przed Sądem Rejonowym w Krośnie. Prokuratura oskarża go o znęcanie się nad psem przez obcowanie płciowe. Oskarżony na pierwszej rozprawie nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. – Ja tylko głaskałem psa – tłumaczył Władysław D.
Córka twierdzi, że do molestowania ostatni raz doszło w sobotę. – Zabrał psa do pokoju. Kiedy tam weszłam zobaczyłam, że leży z nim w łóżku i molestuje zwierzę. Nie chcę opisywać, co robił. Wezwałam policję, ojca zabrali do wytrzeźwienia.
– Pies był u mnie, ale ja go tylko karmiłem wędliną – mówił Władysław D.
– Zaczęło się jakieś 5 lat temu – mówi córka. – Jego pierwszą ofiarą był pies, samiec. Zaczął chorować, uśpiłam go. Syn chciał małego kundelka, z którym mógłby chodzić na spacery. Kupiłam szczeniaka. Historia zaczęła się powtarzać. Moje dzieci widziały, co on robi temu psu. Miarka się przebrała.
Suczkę reprezentowała w sądzie Sylwia Stapińska – Litkowska, pełnomocnik Rzeszowskiego Stowarzyszenia Ochrony Zwierząt. – Będziemy domagać się bezwzględnego pozbawienia wolności na rok – mówi adwokat.

Więcej w rzeszowskich Nowinach.

Spadł, ale nie upadł

Tylko zamortyzowałam upadek – tłumaczy skromnie logopeda, na którą z pierwszego piętra spadł czterolatek. Do wypadku doszło w Łobżenicy (wielkopolskie). Pani  Patrycja szła na swoje zajęcia w szkole, gdy nagle usłyszała płacz. Uniosła głowę. W oknie na pierwszym piętrze stało dziecko. W pewnym momencie chłopczyk zaczął spadać.

Infografika przedstawia prawdopodobny tor lotu dziecka

Kobieta instynktownie wyciągnęła ręce, aby złapać dziecko w locie. Wpadło w jej ramiona, jednak wyślizgnęło się i spadło na chodnik. – Nic mu się nie stało, miał tylko kilka niegroźnych otarć – informuje Tomasz Wojciechowski z pilskiej policji.
Wcześniej matka wyszła do przedszkola odprowadzić starsze dziecko. Nie wiadomo, co się stało, że chłopiec otworzył okno i wszedł na parapet.
Mieszkańcy Łobżenicy są wstrząśnięci wypadkiem, ale nie potępiają matki. – To normalna rodzina, mają trójkę dzieci. Nie biegają same po ulicy, nie chodzą głodne – zapewnia mężczyzna mieszkający w tym samym budynku.
Malec miał dużo szczęścia. Choć dom, w którym mieszka, znajduje się między urzędem gminy i podstawówką, a naprzeciwko jest kościół, to ulicą chodzi niewiele osób.

Więcej w Głosie Wielkopolskim.

Krew na żółtym serze

W Łodzi 36-letnia kobieta skaleczyła się w palec podczas krojenia żółtego sera. Uszkodziła ścięgno mięśnia zginacza trzeciego palca prawej ręki. Czym kroiła ser? Czytaj w Expressie Ilustrowanym.

Niechciany prezent pod choinkę?

Matka z córką wpuściły cztery szczury do supermarketu w Lublinie. Po wejściu do sklepu kobiety uwolniły gryzonie z przyniesionego tekturowego pudełka i zwierzęta rozbiegły się między półkami.

Pijane klientki – jak się okazało matkę z córką – ujęła ochrona i przekazała policji, szczury zaś zostały wyłapane przez pracowników.

Sprawczynie odpowiedzą przed sądem. Za co dokładnie? Czytaj w Dzienniku Wschodnim.

Człowiek bez dziur w skarpetach

Pan Krzysztof cały rok chodzi w sandałach, bez skarpet. – Nie zimno mi w nogi, choć mało kto w to wierzy – opowiada.

51-letni łodzianin Krzysztof Świnoga w poprzednich sandałach chodził 10 miesięcy. Musiał kupić nowe, co w styczniu nie jest łatwe – obuwie trzeba było zamówić i czekać cały tydzień.

– Od ćwierć wieku to pierwszy klient, który kupuje sandały w środku zimy i maszeruje z gołymi stopami – mówi Eugeniusz Radwański ze sklepu obuwniczego na Górniaku.

Jak często pan Krzysztof się przeziębia? Czytaj w Expressie Ilustrowanym.

Czy te oczy mogły kłamać? Ależ tak.

Złodzieje chyba ją zahipnotyzowali – podejrzewa policja zdziwiona, że 49-latka z Siemienia tak posłusznie wykonywała polecenia oszustów.
Do mieszkanki Siemienia przyszła około 55-letnia kobieta. Powiedziała, że jest pracownicą sanktuarium w Licheniu i że zajmuje się wypłatą dotacji unijnych dla osób, które w przeszłości wpłacały datki na budowę sanktuarium. – Dodała, że gdyby gospodyni miała jakieś inne pieniądze, wypłata dotacji byłaby większa. 49-latka oznajmiła, że posiada pieniądze w banku – relacjonuje Andrzej Kot z parczewskiej policji.
Pojechała z kobietą i towarzyszącym jej mężczyzną do banku, wypłaciła ponad 10 tysięcy złotych, po czym oddała je podejrzanej parze. Po pół godzinie zorientowała się, że wszystko było kłamstwem.
– Będziemy ustalać, czy nie była poddana hipnozie, gdyż jej działanie było zdumiewająco nieracjonalne – zapowiada Andrzej Kot.
Więcej w Dzienniku Wschodnim.

Gabinet nie poinformował urzędu

Urzędnicy podarowali dwa tysiące złotych nie tym bliźniakom, którym należał się prezent.

Eliza Świątek i jej mąż Michał Hudzik zdziwili się niezmiernie, gdy przeczytali, że pierwsze w Małopolsce bliźnięta urodzone w roku 2012 przyszły na świat 4 stycznia w krakowskim Szpitalu Ujastek. Ich zdziwienie jest całkiem słuszne, bo pani Eliza urodziła dwójkę dzieci dwa dni wcześniej, czyli 2 stycznia, w Szpitalu Uniwersyteckim.

Urząd Marszałkowski jednak o tym nie wiedział. Uznał, że bliźniaki z Ujastka urodziły się najwcześniej i uroczyście obdarował malców i ich rodzinę wyprawką, czyli kwotą dwóch tysięcy złotych.

Pracownicy Szpitala Uniwersyteckiego także są zaskoczeni. – 30 grudnia otrzymaliśmy pismo z Urzędu Marszałkowskiego, by zgłaszać urodziny bliźniąt. Pismo trafiło od razu do gabinetu ordynatora oddziału ginekologicznego. Nie mam pojęcia, dlaczego urząd nie został poinformowany o narodzinach dzieci – dziwi się Anna Niedźwiedzka, rzeczniczka szpitala.

Kto zapłaci za wyprawkę dla bliźniaków z 2 stycznia – urząd, czy szpital? Czytaj w Gazecie Krakowskiej.

Nie było wódki w Wódce

Mieszkaniec Wódki zatruł się metanolem. Wypił w garażu płyn do chłodnic lub do mycia szyb samochodowych, bo koledzy powiedzieli mu, że będzie miał fajny odlot. Musiał spożyć co najmniej litr skażonej substancji.

Wódczanin z 7 promilami alkoholu we krwi trafił na Oddział Toksykologii łódzkiego Instytutu Medycyny Pracy. To rekordowa dawka, jaką tam odnotowano (dotychczas najwyższa wynosiła ok. 4 promili).

– Mężczyzna spożył zabójczą dawkę metanolu, ale nie zdążył się on jeszcze rozłożyć w organizmie. Nie doszło do kwasicy metabolicznej, która uszkadza najważniejsze organy, a zwłaszcza mózg i narząd wzroku w najlepszym przypadku doprowadzając do ślepoty – mówi dr Jacek Rzepecki z Oddziału Toksykologii IMP.

Większość pacjentów zatrutych metanolem umiera.

Przez ile godzin pacjent musiał być podłączony do sztucznej nerki i dializowany? Czytaj w Expressie Ilustrowanym

Pomyśl o głazie

Specjaliści zastanawiają się, co zrobić z głazem znalezionym na budowie. Osoby, które nie są specjalistami, nie zastanawiają się nad tym.

Na budowie metra na Próżnej robotnicy odkryli głaz narzutowy. Teraz specjaliści zastanawiają się, co z nim zrobić.

 

(tekst artykułu pochodzi
z gorących stron Życia Warszawy)