Posts Tagged ‘public relations’

Z konferencji prasowych dziennikarze wynoszą prezenty, jedzenie i zarzuty

Dziennikarz zapytany o to, co najbardziej wkurza go w pracy, odpowiada zwykle, że naczelny. Tak więc naczelnego jako wkurzający pewnik odstawmy na bok i przejdźmy do kolejnego szalenie irytującego elementu – do PR-owców.

Kontaktujemy się z nimi (a właściwie oni z nami) codziennie: setki maili, dziesiątki telefonów i oczywiście nieustające zaproszenia na kilka konferencji, z których każda odbywa się tego samego dnia, o tej samej porze i w zupełnie innym miejscu. Wszystkie mają jeszcze jedną cechę wspólną: są kompletnie niepotrzebne. Tak przynajmniej twierdzą dziennikarze.

Czasami zresztą żadne pytania nie padają, bo konferencja zorganizowana jest w sposób, który uniemożliwia dialog. Na brak możliwości zadawania pytań i na ekspertów migających się od odpowiedzi w badaniu portalu PRoto skarży się 11 procent dziennikarzy. Tyle samo uznało, że spotkania są niepotrzebnie przedłużane, organizowane w złych miejscach, a 14 procent skarżyło się na źle dobrane terminy. Ogólnie rzecz biorąc – tragedia, bo dziennikarze wymieniali też całą masę pomniejszych zarzutów, okraszając je wylewnymi komentarzami.

Od dawna skrybowie i dziennikarze przychylnym okiem patrzą na wydawane na ich cześć uczty. Rys. Francja, XV wiek.

Moi koledzy dziennikarze, którzy uczestniczyli w badaniu, zgrabnie (jak PR-owcy) przemilczeli jedno: dlaczego Czytaj dalej »

Traktuj dziennikarza jak człowieka, a odwdzięczy się tym samym

Dziennikarz to pamiętliwa bestia. Nie, żeby zaraz mściwa (choć i tak bywa), ale pamiętliwa z pewnością. Nikt przecież nie lubi, gdy coś mu się obiecuje, a potem nie dotrzymuje słowa. Ludzie od PR powinni o tym pamiętać.

Rozczarowania, jakich nieraz doświadczyłam podczas współpracy z przedstawicielami PR, przypomniała mi niedawna historia z grą „Duke Nukem Forever„. Po kiepskich recenzjach, jakie zebrała, na Twitterze agencji zajmującej się promocją gry pojawił się wpis: „Zbyt wielu posunęło się za daleko w recenzjach. Oceniamy właśnie, kto następnym razem dostanie grę do oceny, a kto nie”.

Wiadomość została usunięta, przeprosiny do dziennikarzy wysłane, ale Czytaj dalej »

A gdyby to twoja matka mówiła do ciebie po imieniu? To nie ma sprawy. Ale obcy PR-owiec nie jest matką dziennikarza

Jeszcze nie zdążyłam zaczerpnąć powietrza, by po odebraniu telefonu powiedzieć „słucham”, a już zalewał mnie potok słów wypowiadanych męskim barytonem.

– Cześć Marcelina, wiem, że interesujesz się edukacją, musisz więc przyjść na naszą konferencję, po której sama zapragniesz napisać o naszym produkcie, bo takie coś to świetna sprawa, no majowa rewolucja po prostu, coś niesłychanego – strzelał słowami PR-owiec.

Nim zdążyłam się odezwać padła jeszcze masa słów o tym, co i kiedy muszę.

– A z kim rozmawiam?! – udało mi się zadać to jedno, ale jakże ważkie pytanie.

Mężczyzna, który od pięciu minut snuł entuzjastyczny monolog, nie był bowiem uprzejmy się przedstawić.

– No, Marcin z tej strony – odpowiedział.

– Ja nie znam Marcina Z Tej Strony – odparłan.

– Kolega Piotrka, no tego wiesz, z PR też jest. Piotrek dał mi twój numer i powiedział, że to twoja tematyka, no to dzwonię. To jak, będziesz? – dociekał.

Otóż nie, nie będę.

Po pierwsze Marcin – i nie tylko on, bo telefony w podobny stylu odbieram raz na kilka dni – powinien się przedstawić i zapytać, czy mam czas na rozmowę. Bo o ile do własnej mamy zadzwonię o każdej porze i ta chętnie ze mną porozmawia, to ja mamą Marcina z pewnością nie jestem. Marcin nie jest też moją matką. Przecież dziennikarz umówiony na telefon będzie znacznie lepiej nastawiony do rozmówcy, niż wtedy, gdy musi szybko kończyć tekst.

Po drugie – w Polsce panuje dziwny zwyczaj, że do kobiety mówi się od razu po imieniu. Nie twierdzę, że po imieniu mówi mi wyłącznie matka. Ale fakt, że rozmówca jest w podobnym do mojego wieku, albo że mamy wspólnego znajomego, nie jest wystarczającym powodem do traktowania mnie jak kumpla, a czasem – jak dziewczynkę.

Gdyby więc Marcin, znajomy Piotrka z firmy X, przywitał się słowami „ Dzień dobry pani Marcelino, mam numer od Piotrka, chciałbym zaprosić na konferencję”, jest większa szansa, że skorzystałabym z zaproszenia, a może nawet po konferencji przeszlibyśmy na ty.

A skoro nie poszłam, to nie przeszłam.

– Marcelina Szumer

Pisząc maila do dziennikarza wyobraź sobie osobę zupełnie niezainteresowaną twoją propozycją. Oto kilka rad dla tych, którzy chcą, by media zauważyły ich wysiłki.

Na moją dziennikarską skrzynkę mailową codziennie dostaję przynajmniej kilkadziesiąt maili. Nie czytam wszystkich dokładnie, omiatam raczej wzrokiem skrzynkę mailową w poszukiwaniu informacji ważnej i ciekawej, czyli tego „czegoś”, co może być inspiracją do napisania tekstu.

Jeśli więc mail już w pierwszej chwili nie wpadnie mi w oko, to – nawet jeśli opisuje potencjalnie ciekawe wydarzenie – najpewniej wyląduje w wirtualnym koszu. Czy nie szkoda, że ciekawa premiera książki, fajna konferencja albo festiwal, który promujesz, przechodzą bez wymarzonego echa, bo mail okazał się niedopracowany, dziennikarz więc nie zainteresował się nim.

W moim własnym interesie podpowiadam więc.

Adresat. Zadbaj, by lista odbiorców nie była dłuższa od wiadomości. Ja zazwyczaj ignoruję maila, którego wysłałeś do 20 innych dziennikarzy. A wystarczy, że ukryjesz adresatów, by stworzyć iluzję ekskluzywności.

Temat. Niech to nie będzie kilometrowa epistoła z wielokrotnie złożonych zdań. Nie jesteśmy na lekcji polskiego, a mail to nie wypracowanie. Ma być krótko, treściwie i na temat. I tak zaskakująco, żeby dziennikarz czuł, że musi zobaczyć, co jest w środku.

Powitanie. Lubisz czuć, że jesteś ważny? Dziennikarz też lubi. Jeśli szczególnie zależy ci na zainteresowaniu odbiorcy listem, zwróć się do niego po imieniu. Bezosobowego maila łatwiej zignorować niż rozpoczynającego się od „Szanowna Pani Marcelino”. Ale uważaj, by wpisać właściwe imię! Ja wielokrotnie byłam Martyną albo Malwiną, raz nawet dostałam oficjalne podziękowanie od PR-owców pewnej firmy angażującej się w walkę z rakiem. Byłam bardzo zadowolona dopóki nie zobaczyłam, że na pięknie oprawionym dyplomie figuruję, jako Magdalena Szumer.

– Marcelina Szumer